To najbardziej palące zwoje euro, w jakie grałem. Serio. Momentami miałem wrażenie, że mózg zaraz wyjdzie mi uszami. Ale... i tutaj zaczyna się moja zagwostka. Bo czy to automatycznie oznacza, że to najlepsze euro, w jakie grałem? Dla mnie niekoniecznie.
Akcja gry przenosi nas do alternatywnej XIX-wiecznej Saksonii, gdzie odkryto tajemniczą substancję Nucleum. To właśnie ona napędza rewolucję przemysłową, a my wcielamy się w przedsiębiorców rywalizujących o stworzenie najpotężniejszego imperium energetycznego. Budujemy elektrownie, rozwijamy miasta, tworzymy sieć kolejową i dostarczamy energię tam, gdzie jest najbardziej potrzebna.
Nucleum od pierwszej partii imponuje. Ilość decyzji jest wręcz kosmiczna. Tutaj praktycznie nie istnieją oczywiste ruchy. Każda akcja otwiera jedne możliwości, a zamyka inne. Co chwilę łapiesz się na myśli: „A może jednak najpierw to… Nie, bo wtedy nie odzyskam tego kafla… Ale jak go teraz wydam, to nie będę miał czym wykonać kolejnej akcji…”.
I właśnie system kafli akcji jest chyba tym, co najbardziej mnie kupiło. Zagranie kafla nie oznacza po prostu wykonania akcji. Po jej wykonaniu nie wraca on od razu do naszej puli, albo trafia na planszę jako fragment torów kolejowych i już nie będziemy mogli z niego korzystać. To genialny pomysł. Nagle okazuje się, że wykonując akcję, jednocześnie rozbudowujesz swoją sieć kolejową, a każda decyzja ma konsekwencje na kilku poziomach. Musisz więc nie tylko planować, co zrobić teraz, ale również kiedy odzyskać wydane akcje i czy warto poświęcić konkretny kafel właśnie w tym momencie. Ta ciągła walka o własne akcje sprawia, że praktycznie każda decyzja boli.
Do tego dochodzi budowanie sieci kolejowej, które jest sercem całej gry. Tory łączą miasta, umożliwiają transport, rozwój przemysłu i realizację kontraktów. Rozwijamy elektrownie, inwestujemy w nowe technologie i krok po kroku budujemy silniczek, który z każdą rundą działa coraz sprawniej. Uwielbiam gry, w których wszystkie mechaniki są od siebie zależne. W Nucleum praktycznie nie ma akcji wykonywanej tylko dla punktów, wszystko napędza coś innego i tworzy jedną wielką, świetnie zazębiającą się machinę.
Największą satysfakcję daje moment, kiedy cały ten misternie budowany plan zaczyna działać. Nagle jedna akcja uruchamia kolejną, ta pozwala zrealizować kontrakt, dzięki temu odblokowujesz nową technologię i zdobywasz kolejne bonusy. Czujesz, że wszystko, co planowałeś od kilku rund, właśnie zaskoczyło. To jedno z najbardziej satysfakcjonujących uczuć, jakie potrafią dać ciężkie gry euro.
I chyba dlatego tak wielu graczy zachwyca się Nucleum. Ta gra nagradza planowanie, przewidywanie i umiejętność dostrzegania zależności. Nie prowadzi za rękę, każdy błąd może kosztować dużo punktów, ale kiedy zrozumiesz jej rytm, daje ogromną satysfakcję. Każda partia będzie pewnie inna, a liczba możliwych strategii sprawia, że warto poeksperymentować i pobawić się grą.
Ciekawym rozwiązaniem jest również sposób, w jaki gra kontroluje tempo i zakończenie rozgrywki. Koniec partii nie jest odgórnie ustalony konkretną liczbą rund, zamiast tego gracze swoimi działaniami przybliżają moment finału. Kiedy zostaną spełnione dwa z pięciu możliwych warunków końca gry, rozgrywka wchodzi w decydującą fazę. To kolejny element, który wymaga ciągłego obserwowania sytuacji na planszy, bo nie wystarczy skupiać się wyłącznie na własnym planie. Trzeba cały czas kontrolować, co robią przeciwnicy i odpowiednio reagować. Czasem warto przyspieszyć zakończenie, jeśli jesteśmy w dobrej pozycji, a czasem przeciwnie, próbować przedłużyć grę, żeby zdążyć zrealizować swój plan. Dzięki temu końcówka nie jest tylko mechanicznym domknięciem partii, ale kolejną strategiczną decyzją. Nucleum cały czas przypomina, że gramy przeciwko innym graczom, a nie tylko układamy własną łamigłówkę.
Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która mocno wpłynęła na mój odbiór. Po skończonej partii naprawdę czułem upływ czasu. Nie dlatego, że była nudna, wręcz przeciwnie. Przez cały czas mózg pracował na najwyższych obrotach. Każda decyzja wymagała analizy, każda akcja miała swoje konsekwencje, a liczba możliwości praktycznie nie malała do samego końca. Gdy wstaliśmy od stołu, czułem zwyczajne zmęczenie. Takie dobre, satysfakcjonujące, ale jednak zmęczenie. To był intelektualny maraton. I chyba właśnie dlatego nie miałem tego odruchu: „Rozkładajmy jeszcze raz”. Bardziej potrzebowałem chwili, żeby poukładać sobie w głowie wszystko, co wydarzyło się podczas partii.
No i właśnie... tutaj wraca moja zagwostka.
Ja widzę, jak świetnie ta gra jest zaprojektowana. Naprawdę rozumiem wszystkie zachwyty. Uważam, że mechanicznie to bardzo dobra, i pewnie jedna z lepszych jakie pojawiły się w ostatnich latach. Ale jednocześnie bardziej ją podziwiam, niż kocham. Rzadko mam taką sytuację. Mój rozum mówi, że to świetnie zaprojektowany tytuł, który nie potrzebuje dodatków. Serce odpowiada: „Tak... ale czy naprawdę chcę zagrać w to znowu jutro?”.
Nie mogę też nie wspomnieć o kilku wadach, które dodatkowo wpływają na mój odbiór tej gry. Pierwszą z nich jest setup. Przy tak ciężkim euro przygotowanie partii potrafi zająć sporo czasu. Rozłożenie wszystkich elementów, przygotowanie planszy, technologii, kontraktów i pozostałych komponentów nie jest może czymś dramatycznym, ale przed każdą rozgrywką trzeba się nastawić na mały rytuał organizacyjny. Przy grze, która sama w sobie wymaga dużego zaangażowania, trochę odbiera to płynność wejścia w rozgrywkę.
Drugą rzeczą jest próg wejścia. Nucleum nie jest grą, która szybko pokazuje swoje piękno. Pierwsza partia to bardziej nauka systemu niż pełnoprawna walka o zwycięstwo. Liczba zależności, wyjątków i możliwości potrafi przytłoczyć, a osoby mniej ograne z ciężkimi euro mogą poczuć się zagubione. Z jednej strony jest to ogromna zaleta, bo gra odkrywa się przez wiele partii, ale z drugiej, trzeba poświęcić jej sporo czasu i energii, zanim zacznie naprawdę błyszczeć.
Do tego dochodzi wspomniane już zmęczenie po rozgrywce. Nucleum wymaga pełnego skupienia praktycznie od pierwszej do ostatniej tury. Dla jednych będzie to największa zaleta tej gry, dla innych może stać się barierą. To nie jest tytuł, który wyciągniesz spontanicznie po ciężkim dniu, żeby po prostu odpocząć przy planszy. To raczej wyzwanie, do którego trzeba usiąść z odpowiednim nastawieniem.
Niestety, dla mnie temat istnieje głównie w instrukcji. Podczas samej rozgrywki kompletnie go nie czułem. Równie dobrze moglibyśmy budować sieć wodociągów, hodować winorośl czy kolonizować kosmos, mechanicznie gra działałaby równie dobrze. Nucleum jest dla mnie bardzo suchym euro i ani przez chwilę nie poczułem klimatu rewolucji przemysłowej. Nie pomaga też oprawa graficzna, która zwyczajnie do mnie nie trafia. Jest czytelna, ale jednocześnie dość nijaka i po prostu... brzydka. A ja jednak najbardziej lubię euro, które oprócz świetnej łamigłówki potrafią też opowiedzieć jakąś historię. Takie, w których mechaniki są mocno związane z tematem i sprawiają, że naprawdę czuję, czym się zajmuję. W Nucleum tego zabrakło.
I właśnie dlatego wystawiam 8/10. To ocena, z którą pewnie wiele osób się nie zgodzi, ale dla mnie planszówka to coś więcej niż perfekcyjnie działające mechaniki. Lubię euro, które oprócz wymagającej łamigłówki są również tematyczne i klimatyczne. Takie, które sprawiają, że czuję, co buduję i po co wykonuję kolejne akcje. W Nucleum znalazłem jedną z najlepszych mechanicznych układanek, w jakie grałem, ale zabrakło mi emocji płynących z samego świata gry. I chyba właśnie dlatego ta gra zostawiła mnie z największą zagwostką spośród wszystkich euro, jakie poznałem.