Łupy to jedna z tych gier, które pokazują, że rodzinna planszówka wcale nie musi być banalna. Zasady są proste i przystępne, ale decyzje, które podejmujemy podczas rozgrywki, mają naprawdę duże znaczenie. Każdy źle postawiony wiking czy źle dobrany kafelek może sprawić, że zabraknie nam zasobów do ukończenia celów, a tych punktów na koniec partii szkoda najbardziej.
Największą siłą Łupów jest planowanie. Już na początku warto dobrze przyjrzeć się swojej planszy, celom i dostępnym budynkom, bo późniejsze nadrabianie błędów bywa trudne. Jednocześnie gra nie wymaga siedzenia w absolutnej ciszy i analizowania każdego ruchu przez kilka minut. To tytuł, przy którym można swobodnie rozmawiać, a mimo to czuć satysfakcję z dobrze zaplanowanych akcji.
Dwustronne plansze, losowe cele oraz drakkary sprawiają, że każda partia wygląda nieco inaczej i zachęca do wypróbowania nowej strategii. Dzięki temu nie ma wrażenia, że po kilku rozgrywkach gra pokazała już wszystko.
Na plus zasługuje także wykonanie. Drewniane pionki są bardzo dobrze wykończone, bez typowych niedoróbek, a w pudełku znajdziemy sporą liczbę woreczków strunowych, dzięki którym organizacja elementów jest naprawdę wygodna. To drobiazg, ale jako osoby posiadające sporo gier zawsze doceniamy takie dodatki.
Czy są minusy? Drobne. Instrukcja mogłaby być lepiej rozplanowana wizualnie. Opisy działania niektórych elementów łatwo przeoczyć. Chętnie zobaczylibyśmy też grubsze planszetki lub playmaty, ale przy cenie oscylującej wokół 90 zł trudno traktować to jako realny zarzut. Wręcz przeciwnie, patrząc na zawartość pudełka i jakość rozgrywki, stosunek ceny do tego, co dostajemy, wypada naprawdę świetnie.
Jeśli szukacie gry rodzinnej, która uczy planowania, daje satysfakcję z budowania własnego fiordu i jednocześnie nie przytłacza zasadami, Łupy są bardzo mocnym kandydatem. To tytuł, który równie chętnie postawilibyśmy na stole podczas rodrodzinnego popołudnia, jak i luźnego spotkania ze znajomymi.