Dopiero w tym roku udało mi się zagrać w Endeavor: Deep Sea i muszę przyznać, że gra nie porwała mnie od pierwszej tury. Początek jest raczej spokojny, wręcz oszczędny w dostępnych możliwościach, ale z każdą kolejną rundą coraz wyraźniej czułem, że to tytuł, który chce wciągnąć mnie powoli i pochłonąć jak morska głębina. I w momencie, gdy już „kliknęła”, trudno było przestać o niej myśleć.
Wersja Deluxe prezentuje się znakomicie. Solidne, grube komponenty i drewniane znaczniki sprawiają, że gra wygląda jak pełnoprawny tytuł premium. To nie tylko kwestia estetyki — lepsze wykonanie realnie podnosi komfort rozgrywki i wzmacnia klimat eksploracji oceanów. Insert wygląda świetnie i doskonale spełnia swoje zadanie, a batyskafy w różnych kształtach oraz dwuwarstwowe planszetki graczy naprawdę robią robotę.
W skrócie: w grze rozwijam własny instytut badawczy, którego celem jest realizacja zrównoważonych projektów i zachowanie równowagi życia morskiego. Zatrudniam specjalistów, odblokowuję coraz lepsze akcje, wysyłam ekspedycje w głąb oceanu i staram się robić to w jak najbardziej efektywny sposób. Każda runda to zaledwie kilka akcji, ale sposób ich łączenia i kolejność wykonania mają ogromne znaczenie. Im dalej w grę, tym więcej możliwości i tym większe poczucie, że sam zbudowałem swój silniczek.
Największą siłą gry jest dla mnie sens każdej decyzji i konieczność odpowiedniego planowania. Nie ma tu ruchów przypadkowych — zawsze coś poświęcam, żeby zyskać coś innego. Gdy po kilku rundach wszystkie elementy zaczynają ze sobą współgrać, pojawia się bardzo przyjemne uczucie kontroli i satysfakcji z dobrze zaplanowanej strategii. Niby nie ma tu bezpośredniej negatywnej interakcji, ale wyraźnie czuć wyścig — ograniczona liczba akcji sonarowania, nurkowania, ochrony przyrody czy publikowania dziennika na kaflach oceanu sprawia, że gracze nieustannie „podkradają” sobie najlepsze możliwości.
Ogromnym atutem jest również klimat. Temat eksploracji oceanów i badań naukowych nie jest jedynie tłem, ale realnie wspiera to, co dzieje się na stole. Mam wrażenie, że faktycznie coś odkrywam i rozwijam, a nie tylko przesuwam znaczniki po torach punktów.
Coraz bardziej doceniam w grach regrywalność i elastyczność, a Endeavor: Deep Sea wypada tu bardzo dobrze. Modularna mapa oraz różne scenariusze sprawiają, że każda partia układa się nieco inaczej, zachowując przy tym znajomą strukturę. Jednocześnie gra pozostaje stosunkowo prosta i szybka — mamy tak naprawdę tylko pięć akcji, a mimo to liczba kombinacji i możliwości rośnie z każdą rundą i każdym odkrytym fragmentem dna oceanu. Przy tak dużym tytule rozgrywka trwająca 60–90 minut to ogromny plus.
Po partii nie czułem zmęczenia, a wręcz chęć zagrania jeszcze raz.
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do liczby kafli oceanu — wydaje mi się, że mogłoby być ich więcej. Z czasem gra może stać się nieco bardziej przewidywalna, a dodatkowe kafle zwiększyłyby regrywalność i wprowadziły jeszcze więcej niepewności. Druga rzecz to sposób punktowania, który jest mniej satysfakcjonujący niż sama rozgrywka — po emocjonującym budowaniu silniczka i podejmowaniu ciekawych decyzji, finałowe liczenie punktów sprowadza się do sprawdzenia dysków na tablicy wpływu, torów atrybutów oraz realizacji celów misji.
Mimo że w rozgrywce zająłem ostatnie miejsce, gra spodobała mi się na tyle, że chcę ją mieć w swojej kolekcji. Teraz pozostaje tylko wygospodarować środki na zakup — tym bardziej że właśnie ruszyła przedsprzedaż dodatku Endeavor: Deep Sea – Niezbadane Wody, który dorzuci nowe kafle oceanu, specjalistów, scenariusze oraz dodatkowe możliwości punktowania.
9/10