Kupiłam, bo Odjechane Jednorożce rozkochały mnie swoim absurdem, a tu dodatkowo przygoda! Fajna karcianka, lekka, złośliwa, trochę RPG, trochę przygoda, trochę „haha”. Idealna na chill, idealna na integrację (a na pewno 5 lat temu).
Dla początkujących - złoto.
Daje vibe przygody, walkę z potworami, drużynę bohaterów i świetne ilustracje, które wyglądają jakby ktoś zrobił kreskówkę po trzeciej kawie. Zasady? Proste: albo ciachasz trzy potwory, albo zbierasz siedmiu bohaterów. Easy… dopóki ktoś nie zauważy, co kombinujesz. Wtedy zaczyna się karuzela blokad, podkładania świni i wyciągania z talii najbardziej wkurzających kart, jakie istnieją.
Graliśmy w to często i to właśnie „To ja go tnę” przetarło szlaki wszystkim kolejnym tytułom w mojej kolekcji.
Największy minus?
Wyobraź sobie: 4 graczy, każdy po 5 kart na stole, Ty masz coś na ręce, ale nie pamiętasz co… a kiedy w końcu twoja kolej, to i tak zawsze czytasz wszystkie. Czas mija. Każdy czeka, a dynamika gry zaczyna się sypać. I tak, najbardziej emocjonującą częścią gry nadal pozostaje rzucanie kością podczas wyzwań i patrzenie, jak komuś nie wychodzi. To się nigdy nie nudzi.
A dodatki?
Kochani… jakość kart to dramatyczna telenowela. Inny odcień niż podstawa. Każdy widzi, co masz na ręce. Niby śmieszne ilustracje, fajny design, miłe kolorki, a tu taka wtopa.
Karty pomocy to świetny pomysł.
Kiedyś to był totalny game changer. Przeskok od Monopoly, Scrabbli i zwykłej talii kart był jak wejście do nowego świata.
Czy polecę tę grę? Tak. Czy nadaje się dla starych wyjadaczy? 🤷 To, czy rozgrywka jest ciekawa zależy od towarzystwa, to nie gra prowadzi graczy, a gracze grę. Dla mnie bliżej gry imprezowej, bo przerwy na czytanie kart nadają się też do "picia herbaty". To po prostu lekka, zakręcona gierka „na chwilę”, która nie próbuje udawać, że jest czymś więcej i może właśnie dlatego potrafi dać trochę frajdy.