Długo zastanawiałem się, czy to najlepsze euro, w jakie grałem do tej pory — i dziś mogę powiedzieć, że tak. Minimalnie wygrywa u mnie nawet z Trickerionem. To bez dwóch zdań jeden z najlepszych tytułów, jakie trafiły na mój stół w tym roku. Jestem totalnie kupiony tematem, mechanikami i z niecierpliwością czekam, aż Lucky Duck Games uruchomi przedsprzedaż wersji deluxe.
A skoro o niej mowa — wersja deluxe „Lutnika” to prawdziwa maestria wykonania. Dwuwarstwowe planszetki, piękne monety, świetnie zaprojektowany insert, pojemniki na zasoby graczy w kształcie instrumentów, drewniane znaczniki… Do tego absolutnie przepiękne ilustracje Vincenta Dutrait, widoczne na kartach i planszy. Całość jest czytelna, ikonografia intuicyjna, a plansza przejrzysta i estetyczna. Mechanicznie gra działa jak najlepiej nastrojony instrument w rękach mistrza.
Na start dostajemy asymetryczne rodziny lutników — różne zasoby początkowe i unikalną dodatkową akcję na początek gry. Przed pierwszą rundą wybieramy jednego z dwóch patronów oraz jeden z dwóch instrumentów, które będziemy tworzyć. Przez sześć rund projektujemy, budujemy i naprawiamy instrumenty muzyczne, organizujemy występy, pozyskujemy patronów i spełniamy ich kaprysy, handlujemy na rynku oraz zatrudniamy pomocników. Punkty zdobywamy za ukończone instrumenty, występy, zadowolenie patronów, cele dodatkowe oraz przewagi w orkiestrze.
Niby kolejne euro z wysyłaniem pracowników — ale nie dajcie się zwieść pozorom. Ten instrument ma w środku duszę i mnóstwo sprytnych rozwiązań mechanicznych.
Licytacja, która działa
Pierwszym z nich jest licytacja, której początkowo trochę się obawiałem. Wiele osób nie przepada za tym mechanizmem, a to potrafi utrudnić znalezienie współgraczy. Tutaj jednak została rozwiązana wzorcowo. Wysyłamy pracowników na lokacje, zakrywając ich siłę. Następnie, w kolejności graczy, decydujemy, którą lokalizację aktywujemy. Odkrywamy siłę pracowników i — zaczynając od najsilniejszego — rozpatrujemy akcje.
Co najważniejsze: nawet przegrana licytacja nie boli. Zawsze coś zyskujemy — zasoby, inspiracje, wzmocnienie na kolejne rundy. Może nie zgarniesz najlepszej karty za darmo, ale mając więcej pieniędzy nadal możesz zdobyć solidną opcję. A jeśli przelicytujesz innych i wyślesz pracownika o dużej sile — dostaniesz bonusy, które potrafią naprawdę zmienić bieg rundy.
To jeden z najbardziej emocjonujących momentów gry. W trakcie licytacji wychodzi na jaw, czy Twoje plany wypalą: czy zdobędziesz konkretnego patrona, instrument czy kartę. Rywalizacja jest spora — tylko dwie pierwsze karty w każdej lokacji są darmowe, a rynek odświeża się dopiero po całej rundzie. Interakcja między graczami jest bardzo wyraźna: w każdej chwili ktoś może Cię przelicytować i sprzątnąć sprzed nosa instrument, na który polowałeś.
Satysfakcja tworzenia
Drugi filar gry to prawdziwa satysfakcja z pozyskiwania zasobów i tworzenia instrumentów. Jak przystało na lutnika, praca nie jest prosta — projektowanie, budowa i wykończenie to różne etapy, każdy z innym kosztem. Punkty w trakcie gry dostajemy dopiero za wykończone instrumenty, ale jeśli czegoś nie zdążymy dokończyć do końca gry, otrzymamy połowę punktów. Uczciwy układ.
Rynek zasobów jest zmienny — ceny zmieniają się co rundę. Trudno wszystko przewidzieć, więc warto kupować tanio i sprzedawać drogo… przynajmniej w teorii. W praktyce sytuacja jest dynamiczna, a do tego dochodzi jeszcze rywalizacja o pracowników.
Patroni z charakterem
Trzecim elementem są patroni, którzy między rundami potrafią zapewnić zasoby lub punkty. Oczywiście nie za darmo — mają swoje zachcianki. Projektowanie, budowa, naprawa instrumentów czy występy muszą odbyć się w określonym czasie — zazwyczaj w ciągu trzech rund. Na szczęście licznik można cofnąć, spełniając kaprys mecenasa. Zrealizowanie wszystkich wymagań patrona oprócz punktów daje potężne efekty: natychmiastowe, między rundami lub na koniec gry.
Występy i nutka losowości
Czwarty aspekt to wykonywanie utworów — mała minigra oparta na rzutach kośćmi. Do wyniku dodajemy siłę pracownika i sprawdzamy, czy występ się udał. Możemy wzmacniać kości, przerzucać je lub wydawać inspiracje na brakujące nuty. Ale jak w życiu — czasem nawet mistrz ma gorszy dzień i coś mu nie wyjdzie.
Orkiestra — wyścig o prestiż
Na koniec zostaje najważniejsza minigra i element area control — miejsca na krzesłach w orkiestrze. Nic tu nie będzie czekać. Każdy stworzony instrument daje nam obecność w orkiestrze, ale naprawy i występy zapewnią miejsce tylko wtedy, gdy mamy przewagę nad rywalami i nie ma tam naprawionego instrumentu przeciwnika. To czysty wyścig — liczba instrumentów jest ograniczona, a miejsca w pierwszym rzędzie dają konkretne nagrody i solidne punkty na koniec gry.
Podsumowując Lutnik daje możliwość wielu dróg do zwycięstwa, czas rozgrywki nie jest przesadnie długi, choć są opinie, że gra może się dłużyć. W naszej rozgrywce na czterech graczy, partia trwała 2:50 minut co nie jest złym czasem, jak na tak dużą grę. Ja nie czułem dłużyzny, raczej zostaniecie z niedosytem ile rzeczy nie udało się zrobić. Jedno jest pewne w Lutniku nie zrobicie wszystkiego, a inni mogą wam wywrócić wasz plan do góry nogami. Dla tego tak bardzo podoba mi się, że to gracze wybierają jaką lokacje odpalają w swojej turze. Wystarczy, że ktoś odpali najpierw lokację do której chcemy się przygotować i cały plan ucieka jak źle zagrana nuta, niby można jeszcze uratować cały utwór, ale niesmak pozostanie.
Lutnik nie jest przesadnie skomplikowany, ale daje sporo możliwości i rozwiązań z powodzeniem łączy elementy strategii, zarządzania zasobami i tematyki artystycznej. Oferuje głębokie, satysfakcjonujące wyzwanie dla graczy szukających gier, które wymagają planowania, optymalizacji i wyczucia.
Dla mnie — absolutny top i jedna z perełek eurogier, nie grałem niestety w destylaty, a to też gra od Paverson Games. Od teraz gry tego wydawnictwa wskakują u mnie na radar jeżeli chodzi o euro z klimatem, a w same destylaty chętnie zagram.
10/10