Ja raczej nie przepadam za tego typu grami, ale towarzystwo chciało, więc stwierdziłem: dobra, zagram, może mnie czymś zaskoczy, kto wie.
Zagraliśmy w Niezły numer dwa razy, wieczorem, po pierwszym dniu OMG. Ten specyficzny moment, kiedy człowiek jest już zmęczony, trochę przebodźcowany, ale jeszcze ma w sobie resztki energii na coś lekkiego, niewymagającego. I dokładnie tym miała być ta gra.
Sama rozgrywka jest… no właśnie. Prosta do bólu. Dobierasz kafelki, układasz planszę 4x4 w kolejności rosnącej, czasem coś podmienisz, czasem coś odrzucisz. Niby są jakieś decyzje, niby można coś próbować planować, ale w praktyce przez większość czasu masz wrażenie, że bardziej reagujesz na los niż faktycznie grasz. To nie jest nawet frustrujące, bardziej takie… obojętne. Robisz swoje i czekasz, aż w końcu „siądzie”.
I pewnie na tym by się skończyło. Dwie partie, szybkie „okej, filler, działa, ale bez emocji” i temat zamknięty.
Tylko że klimat tej sesji zrobiło coś zupełnie innego.
Gramy sobie spokojnie, każdy skupiony na swojej małej układance, cisza, pełna koncentracja… aż nagle z pokoju obok zaczynają dochodzić bardzo wyraźne odgłosy czyjegoś, nazwijmy to wprost, naprawdę solidnego numeru.
I od tego momentu wszystko się rozjeżdża.
Każda tura zaczyna trwać odrobinę za długo, bo ktoś próbuje nie wybuchnąć śmiechem. Ktoś inny uparcie udaje, że nic nie słyszy, przez co wygląda jeszcze zabawniej. Ja próbuję zdecydować, czy brać „17”, czy jednak poczekać… i w połowie tej „analizy” dociera do mnie, że za ścianą ktoś właśnie prowadzi znacznie bardziej angażującą rozgrywkę.
I to jest ten absurdalny moment, w którym Niezły Numer zostanie przeze mnie zapamiętany.
Bo sama gra? Jest poprawna, ale kompletnie nijaka. Nie ma tu napięcia, nie ma większych emocji, nie ma poczucia, że zrobiłeś coś sprytnego. Wygrywasz, bo dobrze dobrałeś kafelki, albo dlatego, że inni dobrali gorzej. I tyle.
Za to jako tło do dziwnych, losowych sytuacji okołoplanszówkowych, sprawdza się zaskakująco dobrze.
Finalnie w głowie zostaje mi nie mechanika, nie decyzje, nawet nie wynik partii, tylko ten konkretny wieczór: zmęczenie po pierwszym dniu OMG, półtłumione śmiechy przy stole i narastające poczucie absurdu, że próbujemy grać w najprostszą grę świata, podczas gdy za ścianą dzieje się coś zdecydowanie bardziej angażującego.
5/10