Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy pojawiła się informacja, że do jednej z moich ulubionych gier powstaje dodatek. Było jasne, że biorę go bez wahania. W zeszłym roku Na skrzydłach smoków było moją najczęściej ogrywaną grą — osiemnaście partii w ciągu jednego roku, a łącznie już dwadzieścia osiem. Smocza Akademia wzbudziła we mnie jednak ostrożny optymizm: z jednej strony ekscytację, z drugiej obawę, czy faktycznie coś zmieni, czy tylko dorzuci „więcej tego samego” i — co najważniejsze — czy nie popsuje balansu.
Na szczęście dodatek wpasował się idealnie. Oprócz oczywistych nowości, takich jak większa liczba kart smoków i jaskiń, wprowadza zupełnie nowe elementy: Podlotki, czyli młode smoki, oraz możliwość ich nauki; karty warunkowe, dzięki którym po spełnieniu określonych wymagań możemy zagrywać smoki bez zużywania zasobów; a także nowe Gildie, cele do realizacji i dodatkowe bonusy na kolejną rundę za spasowanie.
Wszystko to sprawia, że decyzje mają znacznie większą wagę, a silnik gry nie opiera się już wyłącznie na znanych, wydeptanych ścieżkach. Jest więcej momentów, w których trzeba się zatrzymać i naprawdę pomyśleć: czy to opłaca mi się teraz, czy dopiero za kilka rund? I to jest dokładnie to, czego oczekiwałem od dodatku.
Bardzo dobrze wypada również sam aspekt „akademii” — szkolenia podczas eksploracji, przygotowywania smoków oraz inwestowania w coś, co nie daje punktów od razu. Dzięki temu gra przestaje być jedynie spokojnym punktowaniem, a zaczyna przypominać długofalowy plan. Czuć, że budujesz coś większego, a nie tylko precyzyjnie optymalizujesz kolejne tury.
Jednocześnie to wciąż jest Na skrzydłach smoków — gra spokojna, dość solowa i mało interakcyjna. Jeśli komuś wcześniej przeszkadzało, że inni gracze są raczej tłem niż realnym zagrożeniem, Smocza Akademia tego nie zmieni. Każdy nadal rozwija swoje jaskinie, a kontakt z innymi ogranicza się głównie do podbierania kart z rynku. Mnie to akurat odpowiada, ale warto mieć tego świadomość.
To dodatek, który sprawia, że gra znowu mnie ciekawi — niemal tak, jakbym dopiero co ją kupił. Zamiast poczucia „okej, robię to samo co zawsze”, pojawia się chęć testowania nowych ścieżek i sprawdzania, jak dużo jeszcze da się wycisnąć z tych mechanik.
Co najważniejsze, Smocza Akademia nie zmienia DNA gry, ale rozwija je w sposób bardzo przemyślany. To dodatek, który nie kombinuje na siłę i nie rozbija balansu — zamiast tego dokłada głębi, trudnych wyborów i ogromnej satysfakcji z planowania. Dla mnie to dokładnie taki dodatek, jaki Na skrzydłach smoków powinien dostać. Dostałem więcej tego, co lubię najbardziej: więcej wyborów i więcej trudnych decyzji w jednej z moich ulubionych gier.
Jeśli lubisz podstawkę — to niemal must-have.
10/10