Koty z Kioto to lekka, mocno interakcyjna karcianka, w której wcielamy się w koty wyruszające na zwiedzanie miasta. Po drodze trafiamy na przysmaki, nowych przyjaciół i pamiątki, ale trzeba wrócić do domu, zanim zrobi się zbyt późno. Celem jest zdobycie jako pierwszy 13 dzwonków, czyli punktów zwycięstwa.
W swojej turze dobieramy zakryte karty w liczbie odpowiadającej liczbie graczy. Następnie odkrywamy je pojedynczo i za każdym razem decydujemy, komu trafi się dana karta – sobie czy jednemu z przeciwników, przy czym każdy musi otrzymać dokładnie jedną. I właśnie tutaj zaczyna się kombinowanie, bo wartości kart w naszym rzędzie sumują się. Gdy ktoś osiągnie 13 lub więcej, zbyt długo włóczył się po mieście i traci cały swój rząd, podczas gdy pozostali zachowują znajdujące się na swoich kartach dzwonki.
Lubię Koty z Kioto za bardzo prosty pomysł na interakcję: odkrywam kartę i od razu muszę zdecydować, komu ją podrzucić. Nigdy nie wiem, co kryją kolejne zakryte karty, więc czasami świetna karta trafia do przeciwnika, bo swoją już sobie przydzieliłam. Do tego dochodzą efekty specjalne, które potrafią ratować sytuację albo jeszcze bardziej ją skomplikować. Jest lekko, złośliwie i z dużą dawką ryzyka – a motyw kotów włóczących się po Kioto bardzo dobrze pasuje do całej mechaniki.
Dla kogo?
Dla osób szukających prostej, szybkiej karcianki z push-your-luckiem i sporą interakcją. Szczególnie jeśli lubicie gry, w których można zarówno pomóc sobie, jak i z uśmiechem podrzucić przeciwnikowi kartę, która właśnie wyśle jego kota do domu z pustymi łapkami