Najbardziej podoba mi się tutaj poczucie otwartego świata. Nie mamy jednej, konkretnej ścieżki, którą musimy podążać. Możemy ruszyć w dowolnym kierunku, odwiedzać kolejne miejsca, podejmować się różnych zadań albo po prostu włóczyć się po świecie i sprawdzać, co się wydarzy. I właśnie ta swoboda daje sporo frajdy.
Czasami wyruszałem gdzieś bez większego planu i nagle trafiałem na coś, czego kompletnie się nie spodziewałem. Innym razem zaczynałem jakieś zadanie, które prowadziło mnie w zupełnie inną część świata. Dzięki temu miałem wrażenie, że nie czytam po prostu kolejnych paragrafów, tylko faktycznie przeżywam własną przygodę.
Drugi tom, Miasta złota i chwały, jeszcze mocniej pokazuje tę stronę gry. Po poznaniu pierwszego tomu łatwiej docenić, że poszczególne księgi są ze sobą połączone i tworzą jeden większy świat. Możemy podróżować między nimi, rozwijać swoją postać i wracać do miejsc, które wcześniej odwiedziliśmy. Im więcej się gra, tym bardziej widać, że nie jest to kilka osobnych książek, tylko element większej całości.
I właśnie to jest dla mnie jednocześnie największym plusem i minusem całej serii.
Fabled Lands ma olbrzymi potencjał, ale mocno go ogranicza, jeśli nie posiada się wszystkich tomów. Sporo paragrafów odsyła nas do pozostałych ksiąg. Sam pomysł jest świetny, bo daje poczucie ogromnego świata, ale w praktyce potrafi też zirytować. Trafiamy na coś interesującego, jesteśmy ciekawi, co będzie dalej, a tu nagle okazuje się, że potrzebujemy kolejnego tomu.
Przy jednym tomie jeszcze można to jakoś zaakceptować, ale przy drugim zaczyna być już bardzo widoczne, jak dużo świata znajduje się poza tym, co aktualnie mamy pod ręką. Trochę tak, jakby gra cały czas pokazywała nam kolejne drzwi, ale nie do wszystkich dostaliśmy jeszcze klucz.
Drugą rzeczą, która momentami mocno mi przeszkadza, jest losowość. Jest jej tutaj sporo i czasami naprawdę ma duży wpływ na przebieg przygody. Z jednej strony podoba mi się to, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Można mieć plan, a jeden rzut potrafi wszystko wywrócić do góry nogami.
Z drugiej strony kilka razy miałem poczucie, że moja decyzja nie miała większego znaczenia, bo i tak wszystko zależało od wyniku rzutu. Szczególnie denerwuje to wtedy, kiedy wydaje nam się, że podjęliśmy dobrą decyzję, a mimo tego przygoda kończy się w sposób, którego kompletnie się nie spodziewaliśmy.
Mimo tych wad bardzo podoba mi się sama idea. Nie jest to typowa gra paragrafowa, w której mamy przygotowaną historię i po prostu wybieramy kolejne opcje. Tutaj jest znacznie więcej swobody. Czasami sami decydujemy, co właściwie chcemy robić, a historia jest trochę efektem naszych decyzji, trochę przypadku i trochę tego, na co akurat trafimy.
Podoba mi się też to, że nie wszystko musi być wielką, epicką przygodą. Czasami najlepsze momenty wynikają właśnie z przypadkowych wydarzeń podczas podróży. Można ruszyć gdzieś tylko po to, żeby znaleźć inne miejsce, po drodze wpakować się w kłopoty, zdobyć jakieś zadanie, a potem skończyć zupełnie gdzie indziej, niż planowaliśmy.
To daje fajne poczucie, że świat żyje własnym życiem i nie kręci się wyłącznie wokół naszej postaci.
Ostatecznie daję 7/10.
Mimo wszystko po podróżach mam ochotę sięgnąć po następne. I chyba to jest najlepsze podsumowanie Fabled Lands, nie wszystko działa idealnie, ale świat jest na tyle ciekawy, że chce się sprawdzić, co znajduje się kawałek dalej..