Nie każda gra musi wywracać stolik do góry nogami. Są też takie, które po prostu zapewniają przyjemne pół godziny i ustępują miejsca kolejnemu tytułowi. Dokładnie takie wrażenie zrobiła na mnie Dolina Kamyków. Grało mi się przyjemnie, ale zabrakło iskry, która sprawiłaby, że od razu chciałbym zagrać ponownie. To bardzo lekka gra, która najlepiej odnajdzie się jako przerywnik między większymi tytułami albo spokojne zakończenie planszówkowego wieczoru.
Fabuła jest mocno umowna, wcielamy się w rzemieślników zbierających kolorowe szklane elementy z rzeki, by tworzyć z nich ozdoby i zdobywać punkty. Klimat jest raczej dodatkiem niż czymś, co buduje rozgrywkę, ale dzięki ładnej oprawie i świetnie wykonanym szklanym kamykom całość prezentuje się naprawdę bardzo atrakcyjnie na stole.
Zasady są banalnie proste i ich wytłumaczenie zajmuje dosłownie kilka minut. W swojej turze wybieramy jeden z elementów z rzeki, pamiętając o ograniczeniach wynikających z położenia naszego znacznika, a następnie dokładamy zdobyty kamyk na własną planszę. Brzmi prosto i takie właśnie jest. Dzięki temu gra jest dostępna praktycznie dla każdego, nawet dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z planszówkami. Na koniec rozgrywki punktujemy każdy rząd oraz dwie najdłuższe kolumny utworzone z kamyków w tym samym kolorze, więc przez całą grę staramy się tak układać szkło, aby wycisnąć z planszy jak najwięcej punktów.
Problem w tym, że ta prostota ma też swoją cenę. Podczas rozgrywki nie czułem większego zaangażowania ani potrzeby kombinowania kilka ruchów do przodu. Decyzje są przyjemne, ale raczej lekkie, a po zakończeniu partii nie miałem poczucia, że wydarzyło się coś szczególnie pamiętnego. To jedna z tych gier, które po prostu się rozgrywa, miło spędza czas i przechodzi dalej.
Nie znaczy to jednak, że Dolina Kamyków jest złą grą. Wręcz przeciwnie, jeśli ktoś szuka bardzo lekkiej, szybkiej i ładnie wykonanej planszówki, która nie zmęczy zasadami i pozwoli przyjemnie spędzić około pół godziny, to spełnia swoje zadanie. Dla mnie zabrakło tylko większych emocji i czegoś, co sprawiłoby, że chciałbym wracać do niej częściej.
Co najśmieszniejsze, mimo tego wszystkiego coraz częściej łapię się na myśli, że chyba i tak chciałbym mieć Dolinę Kamyków na swojej półce. To właśnie taki tytuł, którego nie wyciąga się jako głównego punktu wieczoru, ale który świetnie sprawdza się między cięższymi grami albo wtedy, gdy ma się ochotę na coś szybkiego, lekkiego i bez zobowiązań. Myślę, że właśnie w tej roli ta gra błyszczy najbardziej.
Ocena: 7/10
"River Valley Glassworks" to ten rodzaj gry, która najpierw kupuje nas wyglądem, a potem samą rozgrywką. Zdecydowanie jakość wydania nawet wersji sklepowej jest bardzo dobra. Planszetki oraz kafle rzeki są wykonane z solidnej tektury, a grafiki są przyjemne. Kolorowe szkiełka, choć nie są z szkła i tak przyjemnie leżą w ręku i podobnie jak miodki z "Miodnego Bzyku" robią robotę w tej grze. Zdecydowanie nie wyobrażam sobie, aby były zastąpione np. kartonowymi żetonami. Zasady gry nie są trudne (w końcu to segment gier rodzinnych), ale żeby wygrać trzeba użyć trochę taktycznego myślenia i pobierać jak najlepsze dla naszego punktowania szkiełka, a przy okazji trochę uprzykrzyć życie współgraczą. Warto tu zaznaczyć, że w 2 osoby rozgrywka jest bardziej wyważona, a w większym gronie bardziej dynamiczna i zmienna. Polecam do wykorzystania w bibliotekach i świetlicach szkolnych, ale i na prezent. Myślę, że "River Valley Glassworks bardzo dobrze sprawdzi sprawdzi się jako gra na początek.